wena o 3. w nocy.
Wieki tu nie pisałem. Wieki wieków. Amen. A tym razem – bez komiksu. Moje notatki gdzieś zaginęły.
Z pewnością bardzo wiele wydarzyło się w moim życiu. Chwile radości, smutku, entuzjazmu, depresji, zaskoczenia, rutyny. Cykl powtarza się z dnia na dzień. Budzę się, przeżywam wiele godzin męczarni lub zabawy, idę spać i budzę się na nowo – z nowym nastawieniem idę do przodu walczyć z codziennością.
Jakieś szczegóły? Tak, od wakacji mogę mówić do siebie per ‘totalnie uzależniony gnojek’. Próbowałem rzucić, ale nieskutecznie. Kilka dni postu i znów to samo. Codziennie powtarzam sobie w myślach ‘ty idioto’. I prawdopodobnie mam rację. Jak to jest, że takie małe gówno jest wstanie zrobić z nas, ludzi myślących, niewolników? Fakt – to nie tylko uzależnienie psychiczne, ale i fizyczne. Ale czemu nasz mózg nie jest w stanie nad tym zapanować?
Ostatnio nie robię nic poza opierdalaniem się. Zero nauki, totalne lenistwo. Nawet na dodatkowych zajęciach nic nie robię. Przychodzę tam sobie pospać lub, w przypadku angielskiego, pośmiać się trochę. I pospać. Może i przeczytałem ostatnio całe repetytorium gramatyczne poziomu B2 języka hiszpańskiego, ale bądźmy szczerzy – czy coś z tego pozostało mi w głowie? Nie, a powinno. Uczę się tego języka już… 5 lat? i nadal nie jestem w stanie wydusić z siebie najłatwiejszych sformułowań dotyczących życia codziennego.
Od długiego czasu w kółko oglądam Przyjaciół. Dosłownie w kółko. Czego bym nie robił – w tle z laptopa wyświetlany jest ten niesamowity serial. Niby zwykły sitcom o grupie przyjaciół, ale jednak prezentuje w zabawny sposób sytuacje, z którymi kiedyś będę się musiał zmierzyć. Czy kiedyś będę umiał w tak humorystyczny sposób przedstawić moje problemy? Od niedawna natomiast oglądam popularny serial „Sex and the city”. Nie muszę chyba wyjaśniać idei, przedstawianej w nim. Tak czy siak, oba te seriale tworzą w mojej głowie bardzo wiele pytań, na które odpowiedzi nie znam. Niektóre z nich są tam stawiane wprost, ale wciąż pozostawiają miejsce na odpowiedź, której nie jestem w stanie udzielić samemu sobie. Jedno z tych pytań brzmi: czy całe nasze życie opiera się na umiejętności powiedzenia komuś jednego zdania, które po angielsku brzmi „I’m over you”?
Skoro już wcześniej wspomniałem o szkole – może mały wykład tego, co rozpocznie się już 3 maja tego roku?
Matura. Jedno słowo, które przeraża wszystkich uczniów klas maturalnych. Oczywiście tych, którzy chcą dostać się na dobre studia. Ale czym jest ten egzamin, którego nazwy nie można wymawiać? Kilka godzin stresu całkowicie wpływającego na nasze życie w przyszłości. Coś, co tak naprawdę nie przedstawia naszej realnej wiedzy ani przygotowania do przyszłego życia w pracy czy rodzinie. Czy powinniśmy się aż tak przejmować tym jednym lichym egzaminem? Teoretycznie bez dobrego wyniku nie można dostać się na dobrze prosperującą uczelnię. Ale czy to wszystko? Tysiące studentów nie wie, co chciałoby robić po ukończeniu nauki. Wybrane kierunki są tylko zapchajdziurą do ich pustych życiorysów i podań o pracę, której tak naprawdę nie chcą. Ale trzeba zarabiać. Nawet już studiując to, co się chciało, można zmienić zdanie, nie odnaleźć się lub po prostu nie poradzić sobie z wymaganiami. Czy więc matura powinna być jakimkolwiek wyznacznikiem naszej wiedzy?
Z drugiej strony trudno znaleźć lepsze rozwiązanie. Kiedyś istniały egzaminy wstępne na uczelnie wyższe i ludzie przygotowując się do nich rozumieli, czym są studia i czego będzie się od nich wymagać. Oczywiście stres był wielokrotnie spotęgowany, ale w pracy też nas to czeka. Czy wiemy, czym jest prawdziwy stres? Tego nie można się nauczyć w szkole – powiedział nastolatek, który nie wie, co go czeka i może się myli. A jeśli nie? Jeśli matura i emocjonalne przeżywanie przygotowań do niej (lub myśli na temat tego, że powinno się czegoś nauczyć) to właśnie przygotowanie nas do sytuacji stresowych, które zdarzają się dorosłym? Osobiście przeraża mnie fakt, że za kilka miesięcy zostanę poddany niesamowitej próbie, jakiej jeszcze nigdy nie przeżyłem. Uczę się? Nie. Myślę – jakoś to będzie. Chyba powinienem odłożyć stres na bok i logicznie podejść do całej sprawy. Stworzyć sobie plan nauki i się go trzymać. Przecież jak trudne może być przygotowanie się do jedenastu egzaminów?
Co tydzień piszemy sprawdziany i zaliczamy je na przeróżne oceny. Wybierając przedmioty zdawane na koniec naszej edukacji chyba wiedzieliśmy, co robimy – w naszych mózgach musiała znajdować się jakakolwiek pozostałość po długiej podróży przez liceum, gimnazjum, nawet podstawówkę. Spójrzmy prawdzie w oczy – ludzie zdają maturę z przyzwoitymi wynikami już od lat. Czy nie stać nas na to samo?
I tak oto pragnę zakończyć swój mało personalny wywód na temat mojego życia, kręcącego się tylko wokół nieustannych pytań na temat studiów i pracy.
Pozdrawiam.









